piątek, 17 sierpnia 2012

6.


6. I kiedy brak już innych środków, pozostają same przemyślenia, a czasem i nawet zmiany.

- Wiesz o co chodzi w związkach rozpoczętych w naszym wieku?  - zapytał.
- No nie wiem, miałam kilka, ale że dorosła nie jestem to nie mam porównania co będzie za 10 lat.
- Ja na przykład nie chcę mieć dziewczyny. Ani dzisiaj, ani jutro, ani nawet za 3 lata. Minimalna granica to jak skończę 20 lat. Wiesz czemu?
- Bo chcesz zostać 20-letnim prawiczkiem? – zaśmiałam się.
- Nie! Jeśli osoba, na którą trafimy, naprawdę ma szczere zamiary i kocha, nie liczy się doświadczenie fizyczne.
- Tylko przez brak doświadczenia fizycznego często psuje się wiele związków, kochany. Laski nie chcą cieniasów, którzy dochodzą po minucie. Szczególnie w wieku dwudziestu lat.
- Ty może nie ingeruj tak co ja mogę zrobić zasobem mojej bielizny tylko się skup. Związki w naszym wieku są bezsensu. Całkowicie niedojrzałe, opierające się na zmianie statusu na facebooku, całowaniu przy znajomych i mówieniu ‘kochanie, misiaczku, słoneczko’ w każdej możliwej chwili.
- Skąd możesz to wiedzieć skoro nie miałeś nigdy dziewczyny? – zapytałam.
- Ale mam znajomych, Suzie. Czasem stawałem się również ofiarą półtora randek. Czyli ja i para. I widzę jak się zachowywali.
- Może i trochę racji masz… Fakt, trafiałam na samych debili, a związki to było coś między farsą a komedią.
- Sama widzisz. Nawet jakbyś miała partnerów 6 lat starszych, co już jest dziwne… mniejsza, i tak to by było niedojrzałe. Bo wiesz co? Masz szesnaście lat. Jesteś nastolatką, dzieciakiem, zwykłym gówniarzem, który teraz się uczy, zajmuje koleżankami, a nie związkami, które są tak ważne w życiu dorosłym, a nie nastoletnim. Jako dorosła osoba powinno się kogoś mieć, myśleć o dzieciach, małżeństwie, wspólnym mieszkaniu i psie. A nie teraz, kiedy związki ograniczają się do spacerków i gadu-gadu.
- Cholera, czasem mądrze gadasz Stievie – uśmiechnęłam się do niego, widząc jego minę po nazwaniu go tak zdrobniale. – Nie chciałeś nigdy mieć żadnej dziewczyny? Żadna Ci się nie podobała?
- Podobała. Ale nie chciałem związku – odpowiedział pewnie.
- Ciekawa jestem kiedy ty się stałeś taki dorosły… czy choć kiedyś byłeś dzieciakiem bawiącym się zabawki, czy od razu byłeś takim sztywniakiem.
- Nie! Nie jestem nawet teraz sztywniakiem. Źle mnie określasz. Jestem przecież wyluzowany! Ale jednocześnie odpowiedzialny aż nadto jak na swój wiek.
- Sztywniak, sztywniak! – śmiałam się do niego.
- Udowodnić Ci, że nie?
- Haha, ciekawe jak – pokazałam mu język.
- No wymyśl jak mam ci to udowodnić!
- To mnie pocałuj.
Cholera, czemu ja to powiedziałam? Jeszcze nigdy nie widziałam u kogoś takiego okropnego wyrazu twarzy. Było to coś pomiędzy skopanym psem a rozwścieczonym nauczycielem.
- Przepraszam, głupi żart – powiedziałam cicho.
- Myślałem, że te lekcje dały ci coś do zrozumienia. Myliłem się.
- Ale ja tylko żartowałam!
- Nie widzę żebyś była specjalnie skruszona. To chyba na dzisiaj byłoby tyle. To cześć – odszedł bez nawet spojrzenia na mnie. On ma taką cholerną rację. We wszystkim. Nienawidzę gdy ktoś ma więcej racji niż ja, bo wtedy czuję się bardzo głupio i na bardzo głupią. Wiem, że zrobiłam i powiedziałam źle. Psuję wszystko, co fajne – mój najnowszy talent. Mam nadzieję, że mu minie, bo potrzebuję go, stał się kimś w rodzaju mojego guru.
Wróciłam do domu z opuszczoną głową, nawet nie zareagowałam na czyjeś ‘cześć’ w moją stronę. Myślałam nad wszystkim po kilka razy. Gówno. Gówno prawda, zero racji. Potrzebuję kogoś. Nie przyjaciela. Kogoś, kto się mną zaopiekuje, obroni mnie przed złośliwcami, przytuli gdy będę smutna i uśmiechnie się gdy tego zechcę. Jak to mówią, na miłość trzeba zaczekać aż sama zapuka do naszego serca, a nie szukać jej na siłę… w sumie fakt, bo kiedy szukałam to otrzymywałam same niewypały. Teraz poczekam. Nie wiem jak długo, ale będę czekać, pomimo tego, co się dzieje, pomimo tego, co mówi Steve i pomimo wszystkiego.

- Suzannah, musimy porozmawiać – usłyszałam oschłe powitanie przy wejściu.
- Może najpierw ‘cześć dziecko’? A nie od razu tak niemiło. Co znowu zrobiłam? – zapytałam.
- Nic nie zrobiłaś. Po prostu zbyt często wychodzisz, co jest dość dziwne w twoim przypadku.
- Dzięki tato.. dobrze wiedzieć, że myślisz, że nie mam znajomych.
- Nie o to mi chodziło. Spotykasz się z jakimś chłopcem?
- Nie. Po prostu wychodzę ze znajomymi. I tyle. A teraz idę do swojego pokoju, pa – pocałowałam go w policzek i szybko ulotniłam się do mojej sypialni, bowiem nie mogłam znieść tego buraczkowego odcieniu na moich policzkach. Spotykanie się ze Stevem to nie ‘spotykanie się’ tylko zwykłe wychodzenie. Chociaż…? Nie. Teraz to już wszystko stało się nieważne. Polubiłam go, nawet bardzo. Sama nie wiem za co. Za tę lekkość w wymawianych zdaniach, za pewność w swoich poglądach i za chęć dzielenia się nimi ze mną. A że już go poznałam trochę, wiem, że być może to wszystko zepsułam. Swoją głupią, dziecinną naiwnością. Bo istnieje coś między naturalnym, ludzkim pociągiem do drugiej osoby i wiadomym zakazie jakiejkolwiek bliskości. On nawet nie chciał się obejmować na pożegnanie czy powitanie.
Rozpłakałam się. Z mojej obojętnej miny zrobiła się twarz rozwydrzonego dzieciaka z opuchniętymi i czerwonymi oczami. Było mi szkoda tej wspaniałej znajomości, szkoda wszystkich moich życiowych wybryków, które sobie uświadomiłam dzięki niemu i szkoda siebie. Pomimo, że uważałam siebie za wielce dorosłą, dopiero on mi uświadomił, że jestem głupią gówniarą udawającą mądrą, alternatywną geniuszkę. Nie dość, że głupia to i naiwna. Bo wciąż liczyłam na jakiś odzew od Raphaela, liczyłam na telefon od Steve’a, liczyłam na cokolwiek, co mogłoby mi pomóc uratować się z tej beznadziejnej depresji. Moja rozpacz podczas ostatniego miesiąca sięgnęła zenitu. Jestem tak bardzo spragniona szczęścia, że szukałam go w każdym kącie, a gdy go tam nie było; byłam jeszcze bardziej nieszczęśliwsza. Teraz jestem tak bardzo nieszczęśliwa, że mogłabym równie dobrze umrzeć. Samobójstwo? Nie, nie mogę. Boli mnie serce, ale innych zabolałoby jeszcze bardziej. Jedyne czego pragnę to żeby bolało mnie coś jeszcze bardziej niż boli mnie teraz serce.
Rozejrzałam się po pokoju, przypomniałam się o moim skromnym zestawie do szycia. Z trzęsącymi się dłońmi i rozmazanym widokiem otworzyłam pudełko, szukając w nim czegoś ostrego. Do moich rąk od razu wpadła żyletka, która już musnęła mnie w palec, sprawiając lekki ból i krwotok. Wzięłam ją ostrożnie do ręki, przejechałam po boku nadgarstka by było to jak najmniej widoczne. Przejechałam lekko, robiąc zaczerwienienie na skórze. Przejechałam mocniej; z mojej skóry zaczęło wypływać kilka kropel ciemnoczerwonej krwi. Znowu przejechałam, i znowu. A kiedy bolało już mnie tak bardzo mocno, że bolały mnie usta od zaciskających się na nich zębów, przerwał mi dźwięk sms-a. Miałam nadzieję, że to Steve. Jednak to nie był on, a nadawca zdziwił mnie jeszcze bardziej. To była wiadomość od Raphaela.

niedziela, 12 sierpnia 2012

4, 5


4. O tym, czym jest wolność dla mnie.

Kolejny dzień w szkole nie przyniósł niczego dobrego. Panowała ponura atmosfera w związku z pogrzebem Megan. Po trzeciej lekcji całą szkołą szliśmy najpierw do kościoła, na mszę, a potem na cmentarz. Nawet nie skupiłam się na tych wszystkich żałosnych mowach, słuchałam ich tak, aby za kilka następnych słów zapomnieć poprzednie.
- Tu, teraz w tym momencie i w tym ponurym miejscu kojarzącym się wszystkim tylko z jednym, pragnę nie tyle, co udowodnić, ale pokazać, jaka wąska granica panuje między życiem, a śmiercią. Jesteśmy panami swojego losu, możemy robić z sobą co nam się podoba, ale nieraz nie mamy najzwyczajniej do tego prawa. Megan również nie miała prawa. Niestety nie zapewniliśmy jej pomocy i wsparcia, którego akurat w tym momencie potrzebowała. Przez nasze zaniedbanie odebrała sobie życie fizyczne, a psychiczne swojej rodzinie i przyjaciołom. Dla szkoły jest to niezwykła tragedia, ale zarówno jak i przekaz, udowadniający, że śmierć jest wśród nas, otacza nas i w każdej chwili może zabrać nas do siebie, z naszej bądź czyjejś winy. Drodzy uczniowie i reszta zabranych tutaj osób – chcę wam powiedzieć, że życie to najcenniejszy dar jaki macie, więc dbajcie o niego – bo bez życia niczego więcej nigdy nie poznacie i nie zaznacie. Wy jesteście życiem i nadal nim pozostawajcie.

- Suz, a ty co sądzisz o śmierci? Czym dla ciebie jest śmierć?
Rozejrzałam się po sali. Większość osób miała wpatrzone we mnie oczy, oczekując nietypowej odpowiedzi na to całkiem proste pytanie. Wychowawczyni stukała nerwowo palcami w blat biurka.
- Czym jest dla mnie śmierć? – zapytałam.
- Tak, takie zadałam ci pytanie.
- Na chwilę obecną czymś nieosiągalnym. Oczywiście, mogłabym mi teraz spaść lampa na głowę i zabić albo jakiś niewykryty wulkan mógłby wybuchnąć pod szkołą lub w odległości kilkunastu metrów, trując mnie pyłem, ale takie rzeczy są mało prawdopodobne. Jednak odpowiem może na łatwiejsze pytanie – z czym kojarzy mi się śmierć? Z wolnością.
- Dlaczego akurat z wolnością?
- Najpierw powiem czym dla mnie jest brak wolności, niewola. Jest to całe życie w tym pseudo-cywilizowanym świecie. Jest to życie wśród ogólnie przyjętych zasad, reguł, wytycznych i dobrych manier. Dam przykład –podejmujemy decyzję, która według nas jest naszą decyzją, podjętą tylko przez nas, co jest kompletną nieprawdą. Decyzje wszystkich ludzi, którzy nigdy nie zastanawiali się nad sensem życia są decyzjami, które są o d p o w i e d n i e. Nie są naszymi decyzjami z serca, ale są to decyzje, które akurat odpowiadają przyjętym regułom i zasadom. Pewnie sobie teraz wszyscy pomyślicie – nie, to niemożliwe, to są nasze decyzje. Nieświadomie podejmujcie je wraz z systemem. Rzucenie szklanką o ścianę jest czymś nieodpowiednim i nieodpowiedzialnym, bo takie są zasady. A co, jeżeli mam na to ochotę? Biorę szklankę i ją rozbijam, nie martwiąc się o konsekwencje. A co jeżeli masz teraz ochotę powiedzieć osobie obok jak bardzo cię denerwuje? Nie powiesz, bo to byłoby niemiłe i zaburzyłoby ogólnie przyjęte zasady. Zrób to, skoro dzięki temu będziesz szczęśliwy. Ah tak, to egocentryczne. Tak jak wszystko w tym świecie. Nawet pozorując działalność w jakiejś parafialnej akcji charytatywnej, wszyscy mają gdzieś to, że sąsiad z dołu zdycha, a ty wywalasz żarcie do śmietnika, bo niedobre. Zostańcie wolontariuszami i śmiejcie się z chorych umysłowo, którzy nie mają bladego pojęcia o większości uczuć, których wy doznajecie. Wiecie co to jest to wszystko? Życie w tym systemie, w którym żyjemy.
A teraz odpowiem na pytanie – dlaczego śmierć jest dla mnie wolnością i dlaczego kojarzy mi się z wolnością? Śmierć jest zwolnieniem z obowiązków, zasad, reguł, kontaktów, które nas zniewalają. Nie możemy robić wszystkiego, co ma na celu uczynić nas wolnym, istnieje takie coś jak Kodeks Karny, który blokuje większość naszych działań.  Bo brakiem wolności jest słuchanie informacji o polityce i gospodarce kraju, jest to zobowiązywanie się co do niektórych ludzi, jest to chodzenie do szkół czy pracy. Niewolą jest życie na tym świecie, bo przecież musisz postępować zgodnie z przyjętymi zasadami i regułami, inaczej zostaniesz nazwany dzikusem i życie będzie jeszcze gorszą nędzą. A co daje śmierć? Powiedz mi, co? Uwalnia od wszystkich obowiązków i decyzji, od wszystkich ludzi, którzy nas niewolą i powoli niszczą swoimi osobami.
- To bardzo ciekawe i dość… oryginalne. To, co powiedziałaś.
- Nie pojmuje tego pani. Wy również tego nie pojmujecie – rozejrzałam się po twarzach zdziwionych rówieśników – bo to, co powiedziałam złamało przyjęte przez was wszystkich zasady i dlatego tego nie rozumiecie.
- Twoje poglądy są trochę mylne… - odezwał się niski głos z kąta sali.
- Doprawdy? – zapytałam zaciekawiona.
- Śmierć nie jest wolnością. W przypadku samobójstwa jest ucieczką. A odbieranie sobie życia jest, tak, czymś niestosownym. Ale nie dlatego, że nasze zasady tego nie przyjmują do świadomości, ale dlatego, że nawet nie mając tych zasad, i tak samobójstwo pozostaje czymś złym.
- Dobrze już, dajcie spokój… idźcie w przyszłości na filozofię – westchnęła nauczycielka.

- A co z oryginalnością? Sama jesteś taka… niedookreślenia, więc powiedz mi, co sądzisz na temat oryginalności.
- Dla większości to zwykłe pozerstwo, dla innych chęć wyróżnienia się spośród szarych, systemowych dzieł natury, a dla jeszcze innych, czyli dla mnie to tak, jest to łamanie zasad. W pewnym sensie. W maleńkim stopniu bycie oryginalnym pomaga mi być wolną – uśmiechnęłam się dumnie.
- Steve – podał mi rękę.
- Suz. Interesujesz się polityką?
- Tak. Moje poglądy są lekko liberalistyczne, bardziej minarchistyczne a mniej anarchistyczne, ale wszystko się łączy.
- Pewnie jesteś kolejnym antyfanatykiem Monteskiusza i pragniesz zniesienia trójpodziału władzy lub bardziej zminimalizowania go. Zgadłam, prawda?
- Tak, skąd wiedziałaś?
- Witam w szarym, systemowym świecie, w którym każdy twój ruch będzie mi do przewidzenia. Teraz zapewne zapytasz się gdzie mieszkam, tak?
- W sumie… miałem to w planach. Więc teraz rozumiem… nieokreślona buntowniczka na czele tłumu składającego się tylko z twojej osoby, starająca się zmienić świat i wprowadzić w niego swojego poglądy? Coś ci wyznam… Twoje poglądy to czysta anarchia i black metal. Gdyby każdy tak żył, to wszyscy płonęlibyśmy ogniem i dymilibyśmy się na czarno.
- A czy ja namawiam kogoś do mojego stylu życia?
- Hm… nie wiem. Ale wydaje mi się, że wszystkich swoich najbliższych starasz się przekabacić na stronę ‘zła’ – wykonał w powietrzu ironiczny cudzysłów.
- Mylisz się.


5. Wolę kiedy nie mówisz ‘nic’.

- A teraz słucham – zaczęłam.
- A co chcesz wiedzieć?
- Choćby ile miałeś już dziewczyn. Masz ładną buźkę, więc pewnie wiele.
- A co jak powiem, że żadnej? – spojrzał się na mnie pytająco.
- Nie żartuj.
- Nie żartuję – odparł Steve – tyle, że to nie kwestia mojego wyglądu bądź szukania odpowiedniej partnerki. Jest to tak szeroka kwestia, że nie zrozumiesz jej.
- Czemu od razu zakładasz, że nie zrozumiem?
- Bo to wiem. Jesteś inną osobą. A Ty ilu miałaś chłopaków?
- Niewielu…
- Więc nie zrozumiesz. Bo ja wierzę, że miłość jest tylko jedna. Tylko jedna jest ta prawdziwa, poważna i na całe życie. A w tym wieku związki nie są poważne i opierają się tylko na cielesnym dogadzaniu sobie. A nie o to przecież chodzi.
- Masz całkowitą rację. Należało mnie również spytać, czy któregokolwiek z nich kochałam… Wiesz co by było odpowiedzią? Nie.
- Ty naprawdę nie rozumiesz. Ja nie chcę się wiązać, bo to równa się z miłością i zobowiązaniami, których w związkach w tym wieku nie ma.
- To najwidoczniej jesteś za mało dojrzały by stworzyć taki związek, drogi Stevie. Do zobaczenia kiedyś tam – pomachałam mu w powietrzu, odchodząc. Dlaczego odeszłam? To interesujący facet, ale cholernie nienawidzę, gdy ktoś się nie zgadza ze mną, moimi zasadami i stara się wmówić mi swoje. Nauczyciele to inna sprawa, ale on mnie zirytował bardzo. Być może tym, że miał cholernie sporo racji… Szesnaście wiosen na karku wcale nie zwalniało mnie z prawdziwej miłości, choć przy dokładniejszych zastanowieniach w ogóle jej brakowało w moim życiu. Pomimo starszych chłopców… Raphael. Był trzy lata ode mnie starszy, ale jeszcze bardziej niedojrzały niż ja. Lubię starszaków, bo liczę, że czegoś się przy nich nauczę, nauczę się życia. A przy nim dostrzegałam jak bardzo, pomimo prawnej dorosłości, jest niedojrzały i nieodpowiedzialny. I nieuczuciowy. Żadna dorosła osoba nie zabiera serce drugiej, raniąc ją prosto w oczy. Choć i w tym kawał mojej winy. Za bardzo mu zaufałam, a na moich oczach przyprawiał mi rogi. Oczywiście nie dosłownie, bo niczego nigdy nie zauważyłam, ale wystarczyło, że wspomniał, że się z kimś spotyka, to mnie nic nie obchodziło, bo mu ufałam. I na co mi to było? I na co jest mi to wspominanie. Z każdą następną sekundą, minutą poświęconą wspominaniem jego osoby coraz bardziej za nim tęsknię. Kochałam go, być może kocham, ale tego nigdy sobie nie uświadomię, nigdy do tego nie dojdę. Nie czas.
Właściwie czemu ciągle to wspominam? Bo brakuje mi osoby, o której mogłabym teraz myśleć. Także jak przystało na prawdziwą nastolatkę, wciąż wspominam, nie mając nic innego do roboty. W takich chwilach jedyne, o czym myślę, to wyrwać się z tej obsesji, znaleźć sobie kogoś, nowe hobby, cokolwiek.

Następny dzień w szkole był identyczny jak poprzedni. Doliczając Steve’a, który szukał nowych znajomych. Z jego rozmów wywnioskowałam, że nieświadomie. Opowiadał mi o jego nielicznych znajomych z wyboru, którzy go poznali i zrozumieli, bo on nie chce mieć znajomych, którzy nie rozumieją go, bo jest tak bardzo trudny, blablabla.
- Więc czemu wprost nie powiesz ‘kandydatom na stanowisko twojego znajomego’ kim jesteś? – zapytałam zmęczona słuchaniem.
- Bo nie o to chodzi w poznawaniu znajomych – fakt, ma rację. – Jeśli chcesz kogoś poznać, nie powiesz mu wprost ‘cześć, jestem Suzannah, jestem dziwna, bo gadam o śmierci, że jest wolnością, mam depresję, ale boję się coś sobie zrobić, bo jestem na to zbyt delikatna, no i ah tak, świat nie odkryłby mojej wyimaginowanej inteligencji i geniuszu, którym staram się zarazić innych’. Tak im powiesz? – powiedział sarkastycznie naśladując mój głos.
- Wiesz co, wypierdalaj. Nikt nie będzie mówił mi wprost w ten sposób co o mnie sądzi. Możesz sobie myśleć co chcesz, ale w ten sposób do nikogo nie powinno się mówić! – wybuchłam.
- Bo co, bo to łamie ogólnie przyjęte normy i zasady? – zaśmiał się – Jestem bardziej inny niż ta cała systemowa reszta bardziej niż ci się wydaje. Przemyśl poznawanie mnie Suz.
- Ja się ciebie o nic nie prosiłam.
Odeszłam od niego, siadając w innej części korytarza. Dręczyło mnie jedno; czy wszyscy faktycznie tak mnie postrzegają? Wychodzi na jedno, staram się być na siłę sobą, jednocześnie będąc kimś innym. Udaję życie w amerykańskim filmie. Jestem zwykłą pozerką. On ma rację. I jest mi potrzebny. Obydwoje wiemy o tym i specjalnie mi to powiedział, specjalnie bym zrozumiała, jak bardzo on jest tym, kim chcę ja być. Tylko on nie udaje nikogo. Naprawdę jest sobą, naprawdę tak sądzi, nie głosi prawd ogólnie każdemu znanych, tylko, że męczące by było uzupełnianie się w nich. Ciągle mam strasznie mieszane myśli, z jednej strony uświadamiam sobie, że naprawdę jest we mnie coś innego, a z drugiej, wiem, że to ściema…
Zadzwoniłam do Steve’a.
- Cześć, tu Suz. Możemy się spotkać? – zapytałam pewnie.
- Tak. Za 15 minut pod wierzą kościoła – rozłączył się pośpiesznie. Dobrze, że miejscowość, w której mieszkam jest naprawdę mała, także wszędzie mam około pół godziny drogi.

- Więc jak? – zapytałam, widząc go.
- Wiedziałam, że będziesz chciała się spotkać. Doszło do ciebie, że tak naprawdę jeszcze jesteś dzieciakiem z marzeniami bez celu?
- Jakby. A ty nie bądź taki pewien wszystkiego.
- Równie dobrze – przybliżył swoją twarz na odległość kilku centymetrów od mojej – mógłbym rozkochać sobie ciebie we mnie, nawet jeśli nie jestem super piękny. Wiesz jak to się nazywa? Charyzma, której reszta osób z wiekiem z końcówką –naście nie ma.
- Mówiłam ci, nie bądź taki pewien wszystkiego – uśmiechnęłam się.
- Co chcesz wiedzieć?
- Jak ty to robisz. Jesteś inny jak reszta, w ogóle tego nie ujawniając, nie korzystając z tego i będąc jednocześnie sobą. Jak?
- Odmienność nie polega na noszeniu bojówek, słuchaniu metalu i obnoszeniu się z tym. Nadążasz?
- Tak, nie wygłupiaj się.
- Jak pewnie sama zauważyłaś, co zasługuje na skromne gratulacje, wszyscy są tacy sami i niczym się nie różnią. Ale więcej jest odmieńców niż tak naprawdę sądzisz. Po prostu inteligentniejsze osoby się z tym nie obnoszą, bo to po prostu im by zaszkodziło. Miej dobre oceny bez zgłaszania się do odpowiedzi. Interesuj się polityką bez szóstki z wychowania o społeczeństwie. Chciej być kimś, bez mówienia o tym wszystkim. Wiesz dlaczego? Bo gdy zaczynasz odnosić sukces, ludzie zaczną ci go zazdrościć. A każda inna osoba odniesie sukces. Jeżeli nie będzie się zbyt wyróżniać ani ujawniać.
- Tak, czyli każda osoba w skórze i  z gitarą na plecach jest pozerem?
- Nie. Po prostu ma swoje zainteresowania, które odwracają uwagę od ich płytkiej osobowości. Bo tak naprawdę tylko to ich obchodzi.
- Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz.
- A co, masz coś do zaoferowania oprócz glanów? Może jeszcze rysujesz anime, grasz na gitarze lub masz w szafie tylko czarne ciuchy? – spojrzał się na mnie – Sądząc po twojej minie nie masz nic więcej do zaoferowania.
- Więc pokaż mi jak to jest być tobą. Uważać się za tak wartościową osobę przy każdej nowej duszy, którą poznasz.
- Może.

czwartek, 9 sierpnia 2012

2, 3


2. O tym, jak pachną wspomnienia i o tym, jak zmieniają sposób myślenia.

Przewijając następne utwory na mojej playliście, zatrzymałam się na jednym, wesołym utworze. Znów poczułam to samo. Ten przyjemny zapach zatykający moje zatoki, pchający się z nikąd do płuc.  Czy da się opisać zapach? Słowami, określeniami, cechami? Jak pachną przykładowo róże? Delikatny zapach, przynoszący nam na myśl same przyjemne zdarzenia bądź rzeczy. Ale czy da się opisać zapach cechami, określeniami? Myślę, że to jest mało możliwe. Opisz jakąś sytuację. Krępująca, podniecająca, radosna. To proste. Opisz kolor. Żywy, smutny. Opisz potrawę. Smaczna, ciepła, niejadalna. Opisz zapach. Koniec. Jedyne, czym potrafię opisać zapach to zdarzenia, nasuwające mi się na myśl, czując go.
Ten zapach, który czułam w tej chwili był niezwykły i specyficzny. Pachniał jak wspomnienia. Wspomnienia, które nasuwały mi się przez cały dzień. Te najdziwniejsze, niezwykłe, te, o których dawno zapomniałam, a teraz przypomniały mi się z dziwnych przyczyn. Nie mam pojęcia co mogło być tego przyczyną. Ale wiedziałam na pewno, że byłam skazana na nieświadomie pojawiające się obrazy w mojej głowie.
Jak pachną wspomnienia? Jak Raphael. Mój Raphael.
Czułam wciąż ten sam zapach. Woń unosząca się w powietrzu miała taki sam charakter jak on. Jak każda chwila z nim przebyta. Jak każde spotkanie zakończone czułym pocałunkiem. Jak i to ostatnie zakończone łzami i biegiem. Wspominając te chwile, nie czułam się wyjątkowo źle czy nieprzyjemnie. Wspomniałam je dobrze, ale bez zbytniego uśmiechu na twarzy. Były mi obojętne jak zeszłoroczny śnieg.
Sam zapach nasuwał mi kilka obrazów, które z czasem znikały z mojej pamięci, a dzisiaj powróciły. Były to zwykłe sytuacje, nic nie znaczące, nie mające związku z dalszym biegiem zdarzeń.
Widziałam również inne sytuacje. Nawet te niezwiązane z Raphael’em. Przypomniała mi się impreza sprzed dwóch miesięcy, na której kompletnie urwał mi się film. Nie do końca mi się wszystko przypomniało, ale pamiętałam krótkie urywki ze zdarzeń, w których się nie poruszałam lub siedziałam na miejscu. To jeszcze mój mózg zarejestrował. Ale co z tym czasem, kiedy chodziłam, poruszałam się? Nie pamiętam kompletnie nic. Niesamowite było jednak to, jakiego szybkiego olśnienia dostałam. Z niczego i bez pretekstu, nieświadomie przypominało mi się wszystko.
I znów ten zapach. Czy jest on tylko w mojej głowie, czy ulatnia dokoła mojej osoby?

Pamiętam, jak jednego z dziwnych pod względem pogodowym dnia, spotkaliśmy się. Raphael był niesamowicie niewyspany, noc spędził poza domem, bo ostatni autobus mu uciekł. Oczywiście, że nie podobało mi się to, w ogóle jego późne wyprawy do koleżanek mi się nie podobały, ale nie mogłam mu tego zabronić, choćbym bardzo chciała. Wiele razy mnie uświadamiał, że to jego życie i ma prawo robić w nim co chce, nawet jeśli mi się to nie podoba. Oczywiście dopełniając tradycję, ten monolog również mi się nie podobał.
Rozczochrany, zmęczony i poniekąd zrezygnowany opowiadał mi o swojej nocy w obcym miejscu, w zimnym pomieszczeniu, ale pod bardzo grubą kołdrą i psem na brzuchu. Następnie mijając centrum miasta, skierowaliśmy się do pizzerii na obrzeżach. Zamówiliśmy małą z kebabem, zjedliśmy po dwa kawałki posmarowane sosem pomidorowym. Raphael zjadł jeszcze pół ostatniego, mi został cały jeden. Oparł głowę na moim ramieniu i narzekał, jaki jest śpiący. Mrucząc, niemal zasnął na mnie. Chwilę później usiadł prosto, położył moją jedną rękę na brzuchu, a drugą na plecach. Przytulił się do mnie. Widziałam spojrzenia klientów, obsługujących. Nie przeszkadzało mi to. Czułam jego niesamowity zapach, ciepło i uczucie.
Potem dojadłam mój kawałek, on swój. Resztę zgarnęliśmy na jeden talerz. Weszłam szybko do toalety, poprawiłam lekko rozmazany makijaż. Wyszliśmy, kierując się na koniec miasta. Wtedy nie spodziewałam się, jakie były intencje tego spaceru.
Wcześniej założyliśmy się o piwo, że zrobi coś, czego nie będę w stanie przerwać lub czemu nie będę w stanie zaprzeczyć. Zgodziłam się ze śmiechem. Wziął moją dłoń, nakierował kawałek za chodnik. Rękoma ujął moje policzki, przybliżył się ustami, łącząc nasze ciała w czułym pocałunku. Uwielbiałam to, jak powoli poruszał wargami albo jak wsuwał swój język do moich ust. I wtedy znów to zrobił, gdy tylko dotknął wargami moich ust, poczułam to samo przeszywające ciepło, to samo piękne uczucie. Miał rację, nie potrafiłam tego przerwać. Ale przeczuwam, że już nigdy nie postawię mu mojego przegranego piwa.

Następnie skierowaliśmy się w stronę lasu na samym obrzeżu miasta. Pierwszy raz byłam w tym miejscu, on nie. Opowiadał jak z kolegami pili tutaj piwo, chowając się przed policją. Mijając przestraszonego robotnika po pracy z butelką piwa (coś zbyt często moje życie kręci się wokół alkoholu), który pytał się nas, czy nie mijaliśmy mundurowych, usiedliśmy na ławeczce za strumykiem. Raphael położył głowę n moich udach, zamknął oczy i próbował spać. Wyglądał niesamowicie. Kochałam jego twarz, w którą wpatrywałam się bez przerwy. Miał ładne usta. Jasno różowe, wąskie wargi. Lekko orli nos, na którym wciąż spoczywały okulary korekcyjne i wypukłe, zielone oczy. Raphael był wysoki, ale chudy. Przy jego stu osiemdziesięciu centymetrach jego szczupłe ciało wyglądało dość nieproporcjonalnie, ale nadrabiał to szerokimi koszulami i czarnymi rurkami.
Po kilku minutach stwierdził, że mu niewygodnie, więc szliśmy dalej w stronę lasu. Zeszliśmy z drogi, usiedliśmy na zwalonym konarze jakiegoś drzewa liściastego. Całowaliśmy się znów tak długo, znów tak jak za pierwszym razem. Wtedy czasu się nie liczy, ale minęło go sporo. W pewnym momencie przerwał nam deszcz, który pojawił się niemal z błękitnego nieba. Pogoda tego dnia była niezwykle dziwna, na czystym niebie co jakiś czas pojawiały się groźne, burzowe chmury straszące swoją masywnością i kolorem. Kończyło się tylko na kilku minutowym letnim deszczyku.

Z każdym następnym wspomnieniem Raphaela jego zapach nasuwał mi się coraz bardziej. Czułam go nie tylko w zatokach, ale i na języku, dusił mnie w gardle niemal jak trucizna.
Pamiętam imprezę u mnie, mocno zakrapianą. Po tanim winie, dwóch piwach i kilku drinkach byłam już nieźle nie w temacie. Nie spałam całą noc, co dało mi większe szanse na pamiętanie tego wieczoru, ale i tak były to tylko wyblakłe obrazy. A teraz już pamiętam wszystko. Przyszło to do mnie nagle, bez przyczyny. Pamiętam pocałunki z jednym z chłopaków, potem to, jak przeniosłam się z nim do namiotu i co tam robiłam. I to, jak staraliśmy się zasnąć objęci.
To było tydzień po mojej pierwszej randce z Raphael’em. W sumie polubiłam go, nawet bardzo. Czułam, że z tej znajomości mogłoby być coś więcej. Miałam okropne wyrzuty sumienie. Kac moralny nawet do dziś mnie dręczy. Pamiętam, jak z nim rozmawiałam na ten temat. Powiedział, że mi wybaczył, ale wszystko zależy ode mnie, czy to ja będę w stanie sobie samej wybaczyć. Nie wierzyłam mu. Czule mnie pocałował, udowadniając prawdziwość swoich słów. Był wtedy gorący, letni dzień. Jeździliśmy razem na rowerach. Śmiał się, że jeżdżę jak samobójca, bo środkiem drogi. Jeszcze wtedy zajechaliśmy do moich przyjaciół, poznał kilka osobników. W sumie mało znaczących dla mnie osób. Jak na chwilę obecną tylko jedna z nich coś się liczy. Przez te kilka miesięcy wszystko się pozmieniało…

Najciekawsze było to, że o Raphaelu zapomniałam kilka tygodni temu. I nagle znikąd wciąż przed oczami mam jego obraz. Chciałam się pozbyć tego, jego zapachu, uśmiechu, całej postury, ale po prostu nie mogłam.
Czułam się bardzo dziwne. Tak dziwnie, że nawet nie potrafię tego określić. Ale jedno jest pewne. Wiem, że w najbliższym czasie coś się zmieni. Coś, co całkowicie zmieni mój sposób myślenia i postrzegania świata. Coś, co może zabierze mnie z tego świata albo coś, co pomoże narodzić się na nowo. Ale wiem, że na pewno będzie to związane z Raphael’em. Tego jestem pewna całkowicie.


3. Całkowita pustka, ciąg dalszy wspomnień i brak jakiegokolwiek sensu.

Chciałam się skupić na pracy domowej, przepisywaniu zeszytów, czytaniu książek, czymkolwiek, ale nie mogłam. Zupełnie niespodziewanie rozbolała mnie głowa. Pomimo panującego chłodu na zewnątrz i siąpiącego deszczu, nawet nie ubierając na siebie bluzy, wyszłam i usiadłam przed domem na jednej z całkowicie mokrych ławek. Nancy nie widziała jak wychodzę, co oczywiście było dla mnie lepsze.
Miałam ochotę siedzieć w deszczu tak długo, aż poczuję wilgoć na każdej komórce mojego ciała, nawet tej wewnątrz. Nie obchodziły mnie konsekwencje takie jak choroby czy inne zapalenia. Chciałam być m o k r a. Pragnęłam by ta mieszanina pierwiastków przeniknęła moje ciało do samego końca, nawet nie do suchej nitki, ale całkowicie. Czułam, że to stanowiłoby w pewnym rodzaju oczyszczenie. Posiadłabym brud i nieczystości otaczającego mnie świata, poczułabym się w końcu częścią otaczającego mnie globu, czując jego produkty we mnie. Uznałam, że jest to niezbędne by połączyć się w końcu z całym światem, z każdym jego pierwiastkiem i atomem, a nie pojedynczymi osobami lub rzeczami. Pragnęłam stać się światem.
Nie wiem, czy minęło dziesięć minut czy godzina. Wiem, że wszędzie czułam przenikliwy chłód, lecz nie byłam w stanie rozróżnić czy to był m ó j chłód, będący we mnie, czy chłód panujący na zewnątrz.
W tym czasie nasunęło mi się kilka myśli. Wszystko dzieje się za szybko. Chcę, by wszystko zwolniło. Bo nie chodzi mi o odpoczynek od otaczających mnie myśli. Właśnie chcę się złączyć z nimi. Chcę bardziej zrozumieć świat. Chcę zrozumieć jego postępowanie i nauczyć się przewidywać następne sytuacje, ale wszystko dzieje się za szybko, by tego dokonać. Potrzebuję krótkiej przerwy od zdarzeń, które przyspieszają bieg wydarzeń. A mianowicie potrzebuję przerwy od ludzi. Odizoluję się od nich, co już od dawna powoli następuje. Moje kontakty ograniczą się tylko do szkolnych. Nie mogę już dłużej znieść widoku ludzi. I tych, co nasuwają pewne wspomnienia i tych obcych mi.
Ograniczenie kontaktów będzie z pozoru proste. Głębiej się nad tym zastanawiając, można zauważyć, że tak naprawdę każdy ma każdego gdzieś. Pozorne słówka; „trzymaj się”, „martwię się o ciebie” czy „zależy mi na tobie” to tylko suche kłamstwa mające na celu wywołanie uśmiechu na twarzy drugiej osoby, bo jej smutek lub inny odmienny stan będzie nam nie na rękę. Może zainteresują się mną przez chwilę, ci, którzy wydawali się przyjaciółmi. Potem zainteresowanie minie i w spokoju będę mogła pomyśleć nad tym wszystkim. Nad szybko lecącym światem, przypominającym japoński pociąg, który z czasem zwolni, jakby miał się zatrzymać na jakiejś stacji. I wtedy wyruszy znów w tę samą trasę, ale z nowymi pasażerami. Naprawdę czuję, że moje życie się zmieni. Stanie się to niebawem. Albo może jest to tylko moje p r a g n i e n i e? To, o czym mówiła ta nieszczęsna staruszka. Pragnę zmiany, nie zmiany otoczenia, ale zmiany stylu życia i nowych osób.
Mówiła, żebym uważała na swoje pragnienia. Ale co złego jest w chęci zmian? Sposób ich spełniania.
Albo…? Nie, ja za dużo się zastanawiam.
Poczułam wbijające się igły w moje ciało, w każde miejsce na moim ciele, a szczególnie w dłonie i twarz. Wróciłam do domu, wytarłam się jakimś suchym ręcznikiem, przebrałam mokre ubrania. Zakręciłam grzejnik, który dawał mi ciepło w pokoju. Usiadłam na brzegu łóżka w samej koszulce i krótkich spodenkach. Testowałam swoje ciało i reakcje na nie. Czuła się taka pusta. Jakby żadne czynniki zewnętrzne do mnie nie docierały. Pragnęłam obalić ten mit.


Siadając mu na kolanach, przybliżyłam się do jego słodkich ust. Już niemal czułam ich ciepło na swoich, gdy Raphael zabrał twarz sprzed mojej.
- Nie ma tak dobrze – zaśmiał się.
- Czemu? – zapytałam zdziwiona.
- Temu, że ostatnio mi zasugerowałaś, że jestem z tobą tylko dla twojego ciała i fizycznych doznań, więc przez ten cały dzień uświadomię ci, że tak nie jest.
- Nie musisz, wierzę – uśmiechnęłam się – naprawdę, ja wtedy tylko tak żartowałam, wierzę w twoje dobre intencje.
- Nie, nie, nie. Już raz powiedziałaś coś innego, więc udowodnię ci jaka jest prawda. I mogę w ogóle cię nie dotykać i tak zrobię, przez cały dzisiejszy dzień i w ogóle cię nie dotknę przez następne. Za dwa lata może dopiero – upierał się.
- Ale Raphael… Stęskniłam się za twoimi słodkimi ustami.
Posłałam mu zadziorny uśmiech, na który jego mina w ogóle się nie zmieniła. I to już przestało mi się podobać. Owszem, uwielbiam go jako osobę, ale jako ramiona do przytulania i usta do całowania tak samo go uwielbiam. Miałam ochotę na te czułe pocałunki, którymi mnie darzył za każdym razem. Nieraz były słabe, jakby miał zaraz odpuścić, oderwać się ode mnie i kończąc całowanie krótki, ale za to bardzo przyjemnym buziakiem. A nieraz były silne, tak mocno, że niemal traciłam dech w piersiach, tlen z płuc mi uciekał, a moje nozdrza zatykały się, jakby całe ciało wyłączało swoje funkcje życiowe, chcąc czuć tylko jego usta bądź język. Energia jego całusów była tak zróżnicowana, że aż kręciło mi się w głowie od naporu doznań, jakich mi dostarczał. Jeszcze n i k t mnie tak nie całował, a kilku takich było.

- Obraziłaś się? – zapytał całkowicie uśmiechnięty.
- Nie.
- Obraziłaś się – śmiał się.
- Nie, za co miałabym się obrazić?
- Chodź ze mną – złapał mnie za rękę, ciągnąc w nieznaną stronę. Pierwszy raz byłam tutaj. Przyzwyczaiłam się, że Raphael lubił prowadzić mnie po miejscach, których kompletnie nie znałam.
- Gdzie idziemy? – zapytałam w pewnym momencie.
- W ciemny, straszny, mroczny, czarny zaułek.
- Tak jak za pierwszym razem? – pokazałam mu język.
- Może.
- Przecież Ty dzisiaj trzymasz mnie na dystans, więc po co gdzieś idziemy?
- Siadaj.
Usiedliśmy na ławce, która stała przed nami. Siedzenie miała tak wysoko, że prawie nie dosięgałam stopami podłoża. A właściwie w ogóle nie dosięgałam, nogi bezwładnie wisiały mi w powietrzu.
- Obraziłaś się.
- No może troszkę.
- Oj już przestań – uśmiechnął się do mnie - Koniec testu.
- Nie wierzę ci teraz. Udowodnij.
- Chodź tu mała – przyciągnął moją twarz do swojej, słodko całując moje usta. Wyśnione, wymarzone. Szczególnie mi potrzebne, ponieważ tęskniłam za nimi, a dzisiaj szczególnie – po jego groźnie brzmiących groźbach.
Następnie poszliśmy do owego miejsca, które określił jako ciemny, mroczny, straszny, czarny zaułek. Były to jakieś schodki i zamurowanego wejścia, otoczonego trawą i kilkoma samochodami. Za nami były wysokie budynki a przed – wyburzany stopniowo dom. Nikt tutaj nie zaglądał, czasem tylko ktoś przechodził na skróty. Cisza i samotność w środku miasta – niesamowite.
Jego dłonie szybko znalazły się pod moją koszulką i szukały rozpięcia od stanika. Co jak co, ale w celibacie Raphael długo wytrzymać  nie potrafi. 

1.


Co do mojego pisania to wiecie, nic nie obiecuję, że będę systematycznie pisać i w ogóle, zobaczymy jak to będzie :D

_____________________


„Wydało mi się, że sam stałem się częścią jakiejś źle napisanej powieści.” H. Murakami

1. Za każdym razem, gdy pada deszcz, umiera jakaś znajoma osoba.

Następne strugi kilku powiązanych ze sobą związków chemicznych przewijały się przed moją osobą, zostawiając na niej wiele śladów swojej obecności. Krople deszczu pozostawały na mojej kurtce przez kilka sekund, następnie parowały i zastępowały je nowe, o innym kształcie, ale w sumie te same. Krople deszczu można porównać do ludzi. Mijają nas, czasem pozostają na dłużej, ale i tak większość z nich odchodzi, zamieniona na nowe postacie.
Pokonawszy następne kilkaset metrów, zatrzymałam się przed wystawą sklepu ze sprzętem elektronicznym. Na jednym z kilkudziesięciu calowych telewizorów były emitowane wiadomości z ostatniej chwili. Przystojny młody prezenter z najmodniejszą fryzurą w tym sezonie i śnieżnobiałymi, równymi zębami opowiadał o następnych pogodowych doniesieniach z kraju. Zalane ulice, wylewające rzeki, pozrywane dachy, Iinie telefoniczne i wysokiego napięcia. Nie nowość, dzieje się to co roku i co roku rząd robi taką aferę. Wiadomo, ludzka tragedia i niecodzienne anomalie pogodowe, ale codziennie umiera kilkanaście osób i nikt nie robi z tego takiego zdarzenia. No chyba, że jest to jakaś ważna postać – wtedy to co innego. Ogłoszenia w wiadomościach i gazecie, do tego masa informacji na portalach plotkarskich w Internecie, krótkie informacje w radiu. Potem tygodniowy pogrzeb emitowany przez 90% kanałów, które mam. Do tego również się przyzwyczaiłam.
Jakaś krucha postać oparła rękę na moim ramieniu. Staruszka z siwym kokiem i w firmowej czapce z daszkiem wręczyła mi ulotkę o otwarciu nowej kawiarni. Odchodząc, obejrzała się jeszcze raz na mnie i wręczyła ulotkę śpieszącemu się mężczyźnie z czarną, biurową teczką.
- Co taka panienka robi w taką pogodę na dworze?
Podskoczyłam, widząc przede mną ową garbatą cygankę, która właśnie to powiedziała. Starałam się ją wyminąć; zatrzymała mnie.
- Proszę poczekać. Przepowiem pani za darmo wróżbę. Mogę?
- Jeśli zajmie to mało czasu to proszę – odpowiedziałam znudzona.
- Przecież i tak panienka się nie śpieszy. Woli by jej nic nie ominęło i uważnie się wszystkiemu przygląda. Ciekawią panienkę ludzkie problemy i ich myśli. Jest panienka bardzo miłą osobą i stara się jak może, by być kimś w życiu. Kimś innym.
- To wiem – odparłam szybko – chyba wiem.
Spojrzała mi uważnie w oczy. Jej tęczówki były czarne jak smoła, nie dostrzegłam granicy między źrenicą a następną częścią oka. Twarz miała pokrytą plamami, nie wiem od czego, może to jakaś choroba. Do tego zmarszczek miała tak wiele, że mogłabym je liczyć dniami. Obrzydzała mnie tak bardzo, jak może obrzydzać starszy człowiek. Nie, nie wyglądem. Obrzydzała mnie swoimi doświadczeniami i poprzednim byciem, którego skóra była odzwierciedleniem.
- Uważaj na to, co chcesz zobaczyć. To cię zniszczy – powiedziała, nie mrużąc nawet oczu.
- Co proszę? – zapytałam zaskoczona.
- Uważaj na swoje pragnienia. Zniszczą cię.
Odeszła pośpiesznie, zostawiając mnie z dziwnym natłokiem myśli. Wiem, że to nieprawda, nie wierzę w horoskopy i inne tego typu bujdy, szczególnie jeśli są od przypadkowych ludzi spotkanym na ulicy, ale to… to sprawiło, że teraz będę myśleć o tych słowach przez następny cały dzień.

- Gdzie byłaś? Chora będziesz.
Zdjęłam kurtkę, odwiesiłam ją na wieszak, ściągnęłam buty i włączyłam wodę na herbatę.
- Przejść się. Ile można siedzieć w domu.
- Ale w taką pogodę…
- Daj spokój.
Nancy zrobiła skruszoną minę. Zawsze ją robi, gdy jest jej smutno albo głupio. W tym wypadku głupio.
- Zrobiłam spaghetti na obiad. Nałożyć ci? – zapytała po chwili ciszy.
- Nie jestem głodna.
- Na pewno? Myślę, że dobre mi wyszło i…
- Mówię przecież, że nie jestem głodna.
Spojrzałam na jej rozbity wzrok. Nie rozumiem jak, do cholery, można być taką wrażliwą osobą. Podniesiony głos o jeden ton to dla niej powód do płaczu. Wichura w mieście położonym na drugiej półkuli to następny powód do płaczu. Rozbity talerz to również powód do płaczu. Nawet pierwszy znaleziony siwy włos na głowie taty to też powód do rozłamu. Wtedy ojciec tylko podchodzi do niej, obejmuje ją w pasie i głaszcząc po głowie mówi, że taka kolej rzeczy.  Swoją drogą to nie mam pojęcia jakim cudem tata zakochał się w Nancy. Bo mówił wiele razy, że ją kocha. Nancy jest tak drobna, tak krucha i tak wrażliwa, że wydaje się być czymś bardziej narażonym na stłuczenie niż chińska porcelana. Jej głos jest piskliwy, często brzmi jak zapłakany. Nienawidzę słuchać jej opowieści z dnia. Wszystko mówi tak dokładnie tym swoim głosem baranka, że czasem mam ochotę wyjść i tego nie słuchać, bo aż niedobrze mi się robi. Lub po prostu źle. Nancy bardzo się przejmuje. Wszystkim. O tym już wspomniałam, ale czasem jest to naprawdę dobijające. Mój ojciec chyba kocha ją pocieszać. Jest w takim razie naprawdę troskliwym i wyrozumiałym człowiekiem.

Włączyłam głośno muzykę i położyłam się na łóżku z kolejną książką Murakamiego w ręku. Pogrążyłam się w lekturze, choć nie na długo. Cały czas w głowie miałam słowa tej staruszki. „Uważaj na swoje pragnienia” – co to ma znaczyć?
Jakie ja mam pragnienia? Niewiele ich jest. Promocja do następnej klasy z wyróżnieniem, piękna sukienka na balu w ostatniej klasie, zakochać się i takie tam. Typowe marzenia typowej nastolatki.
W końcu do mnie doszło, że tak naprawdę nie są to moje pragnienia. Są to marzenia jakiejś dziewczyny, będącej we mnie, wyglądającej z zewnątrz trochę jak ja i trochę jak zwykła amerykańska dziewczyna. Tyle, że to nie byłam naprawdę ja. Moje pragnienia wyglądały inaczej. Tylko jeszcze nie wiem jak…

Kończąc siedemdziesiątą stronę „Kroniki ptaka nakręcacza”, usłyszałam dzwonek swojego telefonu. Zobaczyłam na wyświetlaczu imię mojej najlepszej przyjaciółki. Odebrałam, zostawiając książkę i potarganą pościel.
- Słucham? – powiedziałam do mikrofonu.
- Suz, nie uwierzysz. Megan nie żyje.
- Jak to? – spytałam zaskoczona.
- Powiesiła się na żyrandolu. Chociaż nie, nie to jest najlepsze. Wiesz czemu to zrobiła? – mówiła podekscytowana.
- Nie wiem. Czemu?
- Wczoraj Luke z nią zerwał! Bo niby go zdradzała czy coś takiego. Oczywiście to nieprawda, po prostu jej nie chciał, słyszałam, że rwał do Natalie, a Megan tylko mu przeszkadzała. Teraz już w ogóle ma luz – zaśmiała się.
- Eve, dobrze wiesz, że to nie jest śmieszne.
- No nie jest, nie jest, ale żeby zabijać się z powodu chłopaka? Trochę głupie.
- Nie trochę tylko bardzo. Uważam, że nikt nie zasługuje na to by przez kogoś się zabijać. Ale to sprawa psychiki. Najwidoczniej Megan miała ją bardzo słabą.
- Może i tak. Będziesz szła na jej pogrzeb?
- W sumie nie kolegowałam się z nią, ale znałam, więc pójdę.
- No wypadałoby.
- Nie wypadałoby. Robi się to, co uznajesz za stosowne, a nie to, co ci wypada.
- A ty znów się czepiasz…
- Tak, czepiam się.
Nastąpiła dłuższa chwila ciszy.
- Kiedy ten pogrzeb?
- Jeszcze nie wiadomo. Jak się dowiem to od razu zadzwonię.
- Dobrze. To cześć.
- Pa – odpowiedziała. Rozłączyłam się, ponownie powróciłam do lektury.

To było dość dziwne. Nie znałam Megan, ale nie wyglądała na dziewczynę, która mogłaby się zabić przez chłopaka. A jednak.
Szybko zapomniałam o tej dziewczynie, skupiając się na ważniejszych dla mojej osoby faktach. Wciąż w mojej głowie pojawiał się obraz owej staruszki, w kółko. Czułam jej zapach, trochę nieprzyjemny, lecz bardzo przenikający. Wzięłam ręcznik z szafki i wzięłam szybki prysznic. Czułam jej zapach na sobie, jakby mnie otaczał i mogłabym go zmyć strugami ciepłej wody. To było okropne uczucie. Od kilkunastu minut moją mantrą było dokładne spłukiwanie ciała, jakby to miało coś dać. Jakby była jakaś tego przyczyna. Nic się nie dzieje. Nic. Uspokoiłam się. Nic.


Pragnienia podświadomości

Devil z tej strony. Siedzę sobie w domku i się nudzę, więc zaczęłam kontynuowanie mojego opowiadania, które nie pamiętam czy ujrzało już światło dzienne, czy nie, ale zaczęłam je pisać prawie rok temu, napisałam 4 rozdziały i chcę je dokończyć. Jeśli zobaczę pod tym postem parę komentarzy to tak zrobię. So I'm waiting!